O czym marzy i czego dowiedział się o sobie dzięki występowi w telewizyjnym show? Józef Raciniewski – uczestnik popularnego programu Telewizji Polskiej – opowiada o swoim życiu, a także o tym, co działo się na planie „Sanatorium miłości”. Emisja finałowego odcinka piątej serii show już 5 marca w TVP1.
Ilekroć do Ciebie dzwonię, to albo idziesz na dancing, albo z niego wracasz. Taniec stał się dla Ciebie ważny po programie „Sanatorium miłości” czy już wcześniej?
Całe życie chodzę na tańce, szczególnie od czasu, kiedy jestem sam.
Co tańczysz najchętniej?
Przede wszystkim tańce standardowe, ale na moim dancingu zwykle jest za dużo ludzi, za mało miejsca na parkiecie i nie da się rozwinąć skrzydeł, więc tańczymy wszystko inne: przytulane, skakane, w kółeczku. Byle było przyjemnie. Przychodzą do mnie panie, zapraszają na parkiet, nie dadzą ani chwili posiedzieć. Co chwilę z głośnika słyszę: „Specjalne życzenia dla pana Józka z „Sanatorium miłości”!
Nie mówisz tego ze smutkiem…
Pewnie, że jestem zadowolony. Gdy idę tańczyć z kobietą i widzę w jej oczach radość, mnie to też cieszy. Po występie w programie stałem się rozpoznawalny, zwykle podczas zabawy obserwuje mnie cała sala, ludzie robią mi zdjęcia – to bardzo miłe. Wczoraj na przykład zagrali białe tango – podeszła do mnie pewna pani, zaprosiła i wyszliśmy na parkiet. Wiedziała, jak tańczyć tango, dała się świetnie prowadzić, ja też tango znam i lubię, więc wyszedł nam z tego popisowy numer.
Co oprócz tanga najlepiej tańczysz?
Nie przesadzajmy, nie jestem mistrzem parkietu. Żeby dobrze zatańczyć tango, trzeba z partnerką solidnie poćwiczyć, aby się zgrać. I nawet gdy tańczy razem dwoje dobrych tancerzy, to jeśli nie tańczyli ze sobą wcześniej, nie wyjdzie to perfekcyjnie. Mimo to lubię tańce standardowe i niektóre numery mi po prostu wychodzą. Lubię też walca, salsę, a przede wszystkim twista. Podczas pobytu na Teneryfie wraz z partnerką zająłem pierwsze miejsce w paso doble. Ale my ćwiczyliśmy to z nauczycielką tańca pół roku, byliśmy tak zgrani, że mogliśmy bez wstydu wziąć udział w konkursie i go wygrać. Potem już nie udało mi się z inną osobą tego sukcesu powtórzyć.
Jesteś chyba najbardziej energicznym uczestnikiem „Sanatorium miłości”, chętnie pokazujesz swoją tężyznę fizyczną, namawiasz innych do ćwiczeń i dbania o formę. Co daje Ci sport?
Przede wszystkim radość. Zawsze lubiłem sport, już w szkole podstawowej często grałem w piłkę. W wieku 20 lat zacząłem podnosić ciężary, a jako 30-latek dodatkowo poszedłem na karate. Parę ładnych lat trenowałem, ale przerwałem ćwiczenia ze względów zdrowotnych. Wyrwałem ząb, skrzep zablokował mi żyły, dostałem udaru mózgu. Gdy mnie zabierali do szpitala, nie byłem w stanie ruszyć ręką ani nogą, całkowicie mnie sparaliżowało, nie mogłem nawet mówić. Leżałem na łóżku w szpitalu jak trup i słyszałem, jak lekarka mówiła do moich dzieci, które do mnie przyjechały, że to już jest koniec, żeby się ze mną pożegnali, bo nie przetrzymam nocy. I ja to słyszałem! Jak ona mogła? Przecież mój mózg pracował. Przeżyłem straszne chwile. Dzieci wróciły rano przekonane, że umarłem, a ja siedziałem na łóżku i mówiłem! Wszystko puściło. Radość wielka. Lekarze sobie nie zdają sprawy, co się czuje, gdy patrzy się na rozpacz najbliższych i nie można ich uspokoić, dać żadnego znaku. Później lekarze mówili mi, że prawdopodobnie uprawianie sportu uratowało mi życie, bo moje naczynia krwionośne są tak elastyczne, że przepchały zator, który w przypadku kogoś innego zakończyłby się śmiercią. Moje codzienne uprawianie sportu zresztą już kilka razy uratowało mi życie.
Kiedy jeszcze?
Nie chcę opowiadać o chorobach, ale podam jeszcze jeden przykład. Zostałem kilka lat temu w szpitalu zarażony wirusowym zapaleniem wątroby typu C, miałem bardzo złe wyniki, ledwie mnie uratowano. W klinice we Wrocławiu usłyszałem, że przetrzymałem to dzięki silnemu organizmowi. Dlatego wciąż uprawiam sport i nie przestanę. Pewnie widziałaś w programie: mogę biec przez godzinę i tylko lekko się spocę.
Dlaczego w ogóle zdecydowałeś się na udział w „Sanatorium miłości”?
Namówiła mnie moja najmłodsza córka Zuzia. Oglądała wszystkie sezony i zawsze, gdy miał być emitowany nowy odcinek w telewizji, dzwoniła do mnie: „Tato, oglądaj!”, a potem pytała: „Tato, a może ty byś tam poszedł?”. Wahałem się. Zapytałem o zdanie drugą córkę Izę, syna Sebastiana i synową Agnieszkę (zresztą moja synowa jest świetna, dla mnie jest po prostu trzecią córką), a oni wszyscy zgodnie powiedzieli: „No pewnie, idź tato”. I zdecydowałem się, wypełniłem zgłoszenie. Zadzwonili do mnie z produkcji, przyjechałem na casting. Porozmawialiśmy, nawet kazali mi koszulkę ściągnąć, żebym pokazał mięśnie. Ale usłyszałem wtedy: „Mamy do ciebie jedną prośbę – nie zgól wąsów”. Zgodziłem się, choć nie zawsze w życiu je nosiłem.

I w programie stały się one Twoim znakiem rozpoznawczym. Ale wracając do decyzji: dzieci namawiały Cię do udziału w programie, żebyś przeżył przygodę, rozerwał się czy chciały Cię wyswatać?
Jestem komunikatywny, wesoły, więc uważały, że się sprawdzę w programie. W kopalni pracowałem na stanowisku kierowniczym, musiałem trzymać dyscyplinę, być poważny. Przez 30 lat prowadziłem wykłady z przepisów ruchu drogowego, miałem swój ośrodek nauki jazdy – tam też musiałem trzymać dystans. Miałem również kilka sklepów. Jednak po zakończeniu pracy stawałem się normalnym, wesołym człowiekiem; wszyscy byliśmy kolegami, koleżankami. Przez 20 lat grałem na zabawach, komuniach, weselach, wieczorkach tanecznych. Później przez 15 lat należałem do orkiestry górniczej, kilka lat śpiewałem w chórach. Wszędzie byłem otoczony ludźmi. Lubię to. Wiele osób chciałoby wziąć udział w tym programie, ale często się wstydzą, boją się kamery, tego, jak wypadną i co inni na ich temat będą mówić.
Czy też miałeś takie obawy?
Nie. Zagrałem wcześniej w kilku filmach – małe rólki albo jako statysta, ale to pozwoliło mi się oswoić z kamerą. Cała rzecz polega na tym, żeby o niej nie myśleć, zachowywać się naturalnie, jak na co dzień. Wszędzie jestem sobą, mam dużo luzu. Weźmy choćby tańce, na które chodzę: z każdą kobietą zatańczę, zagadam, zapytam, jak ma na imię, przytulę. Nie mam z tym problemu.
Co Tobie jako człowiekowi dał udział w „Sanatorium miłości”?
Radość życia. Inni mówią: „Dzięki programowi uwierzyłem w siebie”. Ja tak nie powiem, bo i przed „Sanatorium miłości” w siebie wierzyłem, i po programie jestem taki sam, nie odbija mi, to samo myślę. Ale wiem, że będąc tam, przeżyłem najwspanialsze chwile w życiu. Miałem możliwość nawiązywania kontaktów z osobami, które też tego chciały, po to tam pojechały. Może nie wszystkie znajomości zakończyły się związkami, ale się zakolegowaliśmy, zaprzyjaźniliśmy, różnie.

Czy zaskoczyło Cię to, że dorośli i dojrzali już ludzie z różnymi doświadczeniami, niekiedy z ciężkim bagażem życiowym, z dziećmi, wnukami tak się potrafią zgrać? Bo widać, że Wy się polubiliście.
Starsi ludzie dzielą się na dwa typy: na tych, którzy chcą coś innym narzucać i na tych, którzy czekają, by ktoś im dawał sygnały do działania. W naszym Sanatorium było podobnie. Były osoby, za którymi nie przepadałem, ale nie okazywałem tego. Natomiast są też osoby, które bardzo polubiłem, jak choćby Ulę czy chłopaków, z którymi umawiamy się na ryby, na tańce, a jak się zrobi cieplej, przyjadą do mnie pozwiedzać, pokażę im, jak żyję. Najbliżej byłem ze Zbysiem i Krzysiem.
A czego sam się o sobie dowiedziałeś?
Nie podejrzewałem, że będę miał aż tyle fanek, bo pisze do mnie mnóstwo kobiet. To są cudowne wiadomości, wiele z nich chce się spotkać, niektóre wręcz wyznają mi miłość. Jestem zadowolony i zaskoczony, że widzom się spodobałem, że zauważają moją naturalność, otwartość, to, że się nie wywyższam. Do każdego odnoszę się z takim samym szacunkiem, a wszystkie kobiety, niezależnie od tego, czy mi się podobają, czy nie, traktuję jak księżniczki.
A gdybyś miał zareklamować program i zachęcić seniorów do udziału w nim, co byś im powiedział?
Wszystkim, którzy mnie o to pytają — bo zaczepia mnie teraz dużo ludzi, na ulicy, w sklepie – odpowiadam, że tam jest możliwość przeżycia przygody życia, ale najwspanialsze jest to, że masz okazję spróbować znaleźć partnera. W programie możesz też zauważyć swoje wady, niedociągnięcia, cechy, które powinieneś zmienić, by kogoś poznać i stworzyć dobrą relację. Każdy ma wady, ale trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chcesz znaleźć kogoś, kto cię zaakceptuje w stu procentach takiego, jakim jesteś, czy też chcesz znaleźć osobę, dla której jesteś w stanie nagiąć trochę swoje przyzwyczajenia, jeśli ona też trochę nagnie się dla ciebie. Czy będę potrafił się dla tej drugiej osoby zmienić? Jeżeli odpowiedź brzmi: tak, to myślę, że wtedy może zrodzić się z tego wspaniały związek. I zakochanie, to przede wszystkim, ale tu też trzeba dać sobie przyzwolenie na miłość, otworzyć się na uczucie. A zakochanym można być w każdym wieku, nawet mając sto lat.

Rozmawialiśmy o Twoich dzieciach, ale jesteś też świetnym dziadkiem. Ilu masz wnuków?
Na razie sześciu chłopaków. Trzech mieszka w Polsce, trzech w Holandii. Najstarszy Jakub gra w piłkę w Stali Rzeszów, ma 18 lat, teraz został powołany do pierwszej ligi, wszyscy jesteśmy z niego bardzo dumni. Najmłodszy to ośmiolatek w Holandii, gra już w klubie, kolejny wnuk, siedemnastolatek, poszedł do szkoły średniej na kierunek sportowy, kształci się na trenera profesjonalnego. Pozostali też grają w piłkę. Mój syn prowadzi klub sportowy Górnik Wałbrzych Nowe Miasto, jest jego prezesem. Na początku robiliśmy to razem, najpierw syn u mnie grał jako dzieciak, potem został kapitanem drużyny, teraz wszystko przejął, a ja mu czasem pomagam. Zajmujemy pierwsze miejsce w okręgu. Dla mnie ta drużyna to kawał historii, pomagałem budować szatnie, ze swoich pieniędzy stawiałem budynki, żeby można było grać. Do dziś, jak są mecze wyjazdowe, nieraz zawożę na nie zawodników. Trenują u nas dzieciaki od 5. roku życia do seniorów, mamy w sumie 14 drużyn.
Czyli całą rodzinę zaraziłeś pasją do sportu?
Tak, każdy z nas uprawia sport, na początku chłopcy robili to ze mną i do dziś pytają mnie o uwagi. Nawet zięcia z Holandii zaraziłem tą pasją, zaczął przy mnie trenować. Przykład idzie od góry. Pod warunkiem, że ma się dobre relacje w rodzinie. Gdy jest się ze sobą blisko, dzieci chcą Cię naśladować. Gdy relacje układają się kiepsko, bliscy od tego uciekają. Jestem zdania, że aby od dzieci coś dostać, najpierw trzeba im coś dać. To w ogóle życiowa zasada: najpierw musisz coś włożyć, żeby później mieć co wyciągnąć, bo z pustego nie nalejesz. Dzieciom trzeba poświęcić dużo uwagi, pracować nad bliskością. Nawet takimi prostymi metodami jak nauka jazdy na rowerze, wspólne wycieczki – od tego zawsze byłem ja. Dlatego dziś mogę z dumą powiedzieć, że jesteśmy zgraną rodziną.
O czym marzysz?
Żeby dożyć do 150 lat. A poważnie – jestem ze swojego życia zadowolony. Mam mało pieniędzy, ale to, co mam, wystarcza mi i nie narzekam; nauczyłem się mało wydawać. Jestem szczęśliwy, ale marzę o drugiej osobie, która byłaby tak jak ja pozytywnie nastawiona do życia, miała podobne zainteresowania, była partnerką do rozmowy. Z taką kobietą bym chętnie zamieszkał, u mnie lub u niej, wszystko jedno, byłbym gotowy dla niej wyjechać nawet gdzieś daleko. Nic na siłę, ale przydałby się ktoś bliski. Myślę, że potrafiłbym się jeszcze zakochać i dla wybranej kobiety zrobić wiele.
Czyli krótko mówiąc: marzysz o miłości?
Krótko mówiąc – tak.
(KO)
Emisja finałowego odcinka piątej serii programu „Sanatorium miłości” w niedzielę 5 marca o 21:20 w TVP1. Show można oglądać także na TVP VOD.