Bolesław Prus, mniej znany pod prawdziwym imieniem i nazwiskiem Aleksander Głowacki, bez wątpienia był jednym z najwybitniejszych powieściopisarzy w historii polskiej literatury. Dziś pamiętany jest przede wszystkim jako twórca monumentalnego „Faraona” i poruszającej „Lalki”. Mało kto wie, że druga z wymienionych powieści jest w dużej mierze również jego autobiografią.
Aleksander Głowacki, czyli słynny Bolesław Prus, w świecie literackim zadebiutował dokładnie 10 stycznia 1864 r. wierszem „Do Pegaza”, który podpisał pseudonimem Jan w Oleju. Miał wówczas dopiero szesnaście lat, ale życiowym doświadczeniem mógłby obdzielić przynajmniej kilka starszych osób. Wybitny pisarz, który na świat przyszedł 20 sierpnia 1847 r. w Hrubieszowie, nie miał bowiem łatwego życia i dzieciństwa.
Młode lata dla Prusa wcale nie były szczęśliwe. Małżeństwo jego rodziców okazało się nieudane, a matka Aleksandra Apolonia z Trembińskich zmarła na gruźlicę, kiedy przyszły autor „Lalki” miał zaledwie trzy lata. Trafił wówczas pod opiekę surowego i zimnego ojca, Antoniego Głowackiego. Mężczyzna, podobnie jak jego zmarła małżonka, pochodził ze zubożałej szlachty i był dworskim oficjalistą, i razem z synem często zmieniał miejsce zamieszkania. Miał wprawdzie mały folwark Maszów koło Lubowli na Wołyniu, ale z nieznanych powodów nie przynosił mu on żadnych dochodów ani zysków.
Antoni opiekował się synem bardzo krótko. Gdy ten miał około czterech lat, ojciec zostawił go pod opieką teściowej i jej krewnych. Chłopiec tułał się po różnych domach, a przez rodzinę traktowany był jako utrapienie. Odnoszono się do niego bardzo chłodno. Kochany czuł się tylko przez jedną osobę - ciotkę Domicelę z Trembińskich Olszewską. Była ona rodzoną siostrą jego matki i traktowała Aleksandra jak własnego syna. Finalnie zabrała go do swojego skromnego majątku w Lublinie, za co pisarz był jej wdzięczny do końca życia. To właśnie ona stała się pierwowzorem dla postaci matki w „Omyłce”.
,,Dom mojej matki stał na brzegu miasteczka, przy ulicy obwodowej, wzdłuż której mieściły się budynki gospodarskie, sad i ogród warzywny. Za domem ciągnęły się nasze grunta, zawarte między drogą boczną i pocztowym gościńcem. Ze strychu, gdzie znajdował się pokoik brata, w zwykłym czasie napełniony rupieciami, można było widzieć z jednej strony kościół, rynek, żydowskie sklepiki i starą kapliczkę św. Jana, z drugiej — nasze pola, potem olszynę, dalej głębokie wąwozy zarośnięte krzakami, wreszcie — samotną chatę, o której ludzie wspominali z niechęcią, a niekiedy z przekleństwem

Tamże dodawał również: „Miałem wówczas lat siedem i chowałem się przy matce. Była to kobieta wysoka i silna. Pamiętam jej twarz rumianą i energiczną, kaftan podpasany rzemieniem i pukające buty. Mówiła głośno i stanowczo, a pracowała od rana do nocy. O świcie była już na dziedzińcu i oglądała krowy, konie, kury — czy nie dzieje się im jaka krzywda i czy dostały jeść. Po śniadaniu szła w pole, zbaczając do chorych, których w miasteczku nigdy nie brakło. Gdy wracała do domu, czekali na nią różni interesanci: jeden chciał kupić bydlątko, drugi pożyczyć zboża lub pieniędzy; ta radziła się o kaszlące dziecko, a tamta przyniosła na sprzedaż garstkę lnu. Prawie nie mogę wyobrazić sobie matki samotnej; zawsze kręcili się przy niej ludzie i jak gołębie przy gołębniku, prosząc o coś lub za coś dziękując. Ona w całej okolicy wszystkich znała, wszystkim pomagała i radziła”.

Prawdziwy Leon z „Lalki”
Prus miał starszego o trzynaście lat brata o imieniu Leon. Ten był już dorosły i studiował, kiedy zmarli ich rodzice. Bolesław, mimo że słabo się z nim znał w młodości, bardzo go podziwiał i szanował. „Brat to był ktoś: powaga i autorytet. Można z nim było pójść na daleki spacer (...), porozmawiać o sprawach «męskich». Od brata można było oberwać po spodniach. Mały Oleś zadzierał czarną główkę i z podziwem spoglądał na dorosłego brata i jego dostojny mundur” - pisała Krystyna Tokarzówna w „Młodości Bolesława Prusa”. Wzruszającą scenę z Leonem w roli głównej opisał również sam Prus w jednym z nielicznych wspomnień pisanych, w których przedstawił czas swojego dzieciństwa.
„Jednego roku (piszący bawił wówczas w klasie pierwszej i byt nieco większy od dużej nogi stołowej) Wigilia zapowiadała się bardzo źle (...). Paru członków zebranej rodziny boczyło się na siebie z powodu kłótni adwentowych. (...). Z tego powodu babka nasza, dostojna matrona, poczęła myśleć o życiu wiecznym, które o ile przypominam sobie, nie miało dla niej zbyt wielkiego powabu. I nie dziw. Chciała jeszcze wnuków pożenić, a dopiero potem - niechby Pan zabrał sługę swoją!... Połamali się opłatkiem: zwaśnieni krewni, panienki unurzane w śniegu i wytuzane chłopaczki, ale - humoru nie było. Starsi wyglądali jak puchacze, dzieci jak sowięta (...). Wtem (...) wszyscy zerwali się ze stołu (...) – Leon przyjechał! (...) Następuje sto pocałunków. Babka ma wyborny humor i ani myśli o wieczności. Powaśnieni krewni mają wyborny humor, ponieważ niechcący ucałowali się serdecznie przy powitaniu gościa. Dzieci też mają wyborny humor, ponieważ widzą ogólną wesołość. Źle zaczęta Wigilia skończyła się cudownie. (...) I jak się tam nie było cieszyć, jeżeli: Wszyscy członkowie rodziny po długim niewidzeniu znaleźli się razem. Babka staruszka zapomniała o śmierci. Zwaśnieni - pogodzili się na dobre. Zmarznięty, zgłodniały i stęskniony wędrowiec trafił na ciepły piec, obfite jadło i ukochane towarzystwo”.
Kilka lat później opiekę nad Prusem przejął właśnie starszy brat, którego Bolesław we wspomnianej już wcześniej „Omyłce” opisywał jako człowieka wesołego, przyjaznego, kulturalnego i nadzwyczajnie urodziwego. Leon od dawna działał w konspiracji – później stając się inspiracją dla postaci o tym samym imieniu z „Lalki”. Niezwykle zapalczywy, wielki patriota, nie chciał jednak, aby jego młodszy brat brał udział w powstaniu styczniowym, i próbował powstrzymać go przed wstąpieniem do formowanych naprędce oddziałów. To się niestety Leonowi nie udało, a Aleksander w wieku 16 lat przystąpił do buntowników. Leon z kolei został delegatem powstańczego Rządu Narodowego i wyjechał do Wilna.

„Ja, dawny ja, pochowany jestem razem z nadziejami moimi”
W trakcie powstania styczniowego przyszły autor słynnych powieści walczył w oddziałach Dionizego Czachowskiego, a potem znalazł się pod komendą Aleksandra Czarneckiego o pseudonimie „Bończa”. Młody chłopak szybko przekonał się, że prawdziwa wojna nie ma nic wspólnego z jej romantycznymi wizjami o bohaterstwie i doniosłych czynach. Na własne oczy widział, jak wielkim jest ona okrucieństwem, zwłaszcza że Rosjanie dostali rozkaz, aby nie tylko pobić wojska polskie, ale również zastraszyć je. Terroryzowali więc ludność, na polach bitew dobijali rannych, zaś schwytanych rebeliantów wieszali bez sądu podczas publicznych egzekucji.
Trauma, jakiej doświadczył wówczas Prus, pozostała z nim do końca życia. Tak jak i uszkodzony wzrok, który częściowo stracił, kiedy wybuchający proch zranił go w kark i osmolił oczy. To – paradoksalnie - uratowało mu życie, ponieważ stracił wówczas przytomność, dzięki czemu carskie oddziały początkowo wzięły go za martwego. Kiedy się obudził, było już po wszystkim. Następnie aresztowano go i leczono w więziennym „szpitalu”. Groziła mu kara śmierci, ale uniknął jej ze względu na młody wiek i wstawiennictwo sędziego Gaspara Drylla. Następnie został odnaleziony przez Domicelę, która niespokojna o los siostrzeńca przez wiele tygodni jeździła po wszystkich wsiach i szpitalach, by go odszukać. Znalazła go w Siedlcach. Autentyczną scenę ich spotkania Prus przedstawił w „Omyłce”:
,,Mama chciała coś odpowiedzieć, ale tylko otworzyła usta i patrzyła zdumiona. W ciemnej sieni ktoś stał. — Gość jest trochę… niezdrów, ale to nic wielkiego — mówił siwy człowiek. — Jest raniony, ale… — Władek!… — krzyknęła mama, z rozkrzyżowanymi rękoma rzucając się do sieni. — Ja, mamo!… — odpowiedział mój brat. Gdy wszedł do pokoju, zobaczyłem, że ma głowę i lewą rękę owiniętą w szmaty. Mama chciała go porwać w objęcia, ale nagle padła na kolana i objęła go za nogi. — Moje dziecko… moja dziecina… — szeptała. — Ty żyjesz?… tyś ranny… O, com ja tu wycierpiała, tęskniąc za tobą… Ty żyjesz?… Teraz już nie puszczę cię z domu, niech się dzieje, co chce… Nie cierpię wojny, nienawidzę!… dzisiejszy dzień zabrał mi całe życie
Domicela już więcej nie pozwoliła chłopcu odejść. Ponownie zaczęła się nim opiekować i choć nie zamieszkali razem, pomagała mu. Kiedy 20 stycznia 1864 r. znowu został aresztowany przez Rosjan, zapłaciła potężną łapówkę za jego uwolnienie. Leon, który był dla Prusa autorytetem, nie mógł się nim już zajmować, ponieważ – jak wiadomo – po powstaniu styczniowym podupadł poważnie na zdrowiu psychicznym. Bracia po upadku zrywu widzieli się tylko raz. Niestety podczas spotkania starszy z nich wpadł w prawdziwy szał i furię. Aleksander zauważył, iż Leon jest obłąkany, a jego obecność jeszcze potęguje objawy. Postanowił więc nie pokazywać mu się na oczy. Nigdy już się nie zobaczyli, o co później, w trakcie jesieni życia, pisarz robił sobie potężne wyrzuty. Także Prus wyszedł z powstania umysłowo odmieniony. Przestał wówczas wierzyć w romantyczne ideały. „Ja, dawny ja, pochowany jestem razem z nadziejami moimi pod Białką, skąd drugi ja wyrósł: dwumiesięczne szaleństwo, zwątpienie w tego rodzaju zabawy i kalectwo...” - pisał w jednym z listów. Później dodał jeszcze, że „jedna bitwa szerzej otwiera nam oczy niż dziesiątki lat spokojnych rządów”.

Ile Prusa jest w „Lalce”?
Odbicie rozczarowania Prusa powstaniem i walkami narodowowyzwoleńczymi znajdujemy w wielu opowiadaniach, które napisał. Najdobitniej widać je jednak w wydanej w 1890 r. „Lalce”. Młody Wokulski to w rzeczywistości sam autor – naiwny, zbuntowany młodzieniec, który bez żadnego zastanowienia rzuca się w wir konspiracyjnych działań i daje przykład nierozważnej i nieprzemyślanej odwagi. Także gorzkie przemyślenia starszego Wokulskiego są tak naprawdę poglądami Prusa. To on czuł się zarówno romantykiem – poprzez przeszłość – jak i pozytywistą. Te dwie postaci ścierały się w nim nieustannie.
Z Wokulskim łączyły Prusa również inne rzeczy. Jak pamiętamy z „Lalki”, Stach (jak nazywał go Ignacy Rzecki) w młodości pracował jako subiekt i kelner w winiarni u Hopfera. Kiedy stamtąd odszedł, zaczął utrzymywać się z korepetycji, a po powrocie z Syberii zarządzał sklepem dzięki małżeństwu z wdową po Janie Minclu. To droga bardzo podobna do życiowej i zawodowej ścieżki Prusa. Pracę za ladą poznał już w młodym wieku, ponieważ ciotka Domicela była właścicielką niewielkiego punktu z kapeluszami, a on jej pomagał.
Następnie, już po upadku powstania styczniowego, imał się różnych zajęć – był właśnie guwernerem i korepetytorem, robotnikiem, mówcą ulicznym i pracownikiem fabryki, a nawet ślusarzem. Miał, podobnie jak Wokulski, problem z dostaniem się na wymarzone studia z powodów finansowych. Na naukę zarabiał sam, ale nie wystarczyło mu pieniędzy, aby kontynuować edukację na trzecim roku. W międzyczasie pod pseudonimem pisał różnorakie teksty do warszawskich gazet. Niebawem zakochał się w Konstancji Halickiej, jednak został odrzucony i okrutnie wyśmiany przez środowisko arystokratów. Ta sytuacja stała się dla niego później inspiracją do stworzenia postaci Izabeli Łęckiej i jej rodziny.

W „Lalce” jest ponadto kilka fragmentów, podczas których Wokulski odbywa długie spacery po Warszawie i jednocześnie rozmyśla o sytuacji Polski i Polaków. Niektóre z nich mają miejsce nocą. Takie wieczorne przechadzki uprawiał sam Prus, cierpiący na agorafobię. Obserwował wówczas różnorakie sytuacje i ludzi, których z czasem zaczął umieszczać w swoich powieściach. Podczas jednej z nocnych wycieczek styka się z Julianem Ochockim, wynalazcą i marzycielem. To postać inspirowana jego przyjacielem Julianem Ochorowiczem, z którym autora „Lalki” łączyła miłość do nauki i marzenie o „przypięciu ludzkości skrzydeł”. Co ciekawe, aż do 1895 r. Bolesław nie widział Paryża, który tak dokładnie opisał w wydanej w 1890 r. „Lalce”.
Z biegiem lat Prusowi udało się zaznać więcej szczęścia w życiu. Znalazł je u boku dalekiej kuzynki Oktawii Trembińskiej. Niestety mocno kochająca się para nie doczekała się dzieci, o których marzyli i o które się starali. Adoptowali małego Emila, kiedy zmarli jego rodzice. Chłopiec był przez nich lubiany i kochany, chociaż Bolesław miał problemy z okazywaniem mu uczuć. Niestety w wieku 18 lat przybrany syn małżeństwa zastrzelił się z powodu zawodu miłosnego. Była to dla obojga straszna tragedia, po której nie udało im się już nigdy podnieść. Wspierali ich wówczas państwo Żeromscy, z którymi Głowaccy przyjaźnili się przez wiele lat.
,,Niezwykły, tajemniczy człowiek. Wspomniawszy »Lalkę«, trudno uwierzyć, że ta szara człeczyna napisać zdołała takie arcydzieło
– podsumował charakter przyjaciela po latach Stefan Żeromski.

RS
Bibliografia:
Tokarzówna, Krystyna. „Młodość Bolesława Prusa”, wyd. 1981
Prus, Bolesław. „Omyłka”, wyd. 1888
Lichońska, Agnieszka. „O kwestiach rodzinnych Aleksandra Głowackiego widzianych przez Bolesława Prusa i jego znajomych”, Prace Polonistyczne / Studies in Polish Literature, wyd. 2006