Sześć lat temu debiutował głośną tragikomedią „Atak paniki”. Teraz powraca ze swoim drugim filmem. „Kos”, opowieść o Tadeuszu Kościuszce, wygrał Festiwal Filmów Fabularnych w Gdyni, a 26 stycznia wszedł do kin. Rozmawiamy z reżyserem Pawłem Maśloną, który otrzymał za „Kosa” Paszport „Polityki”.
Michał Jędrzejczak: W tej XVIII-wiecznej Polsce z „Kosa” pojawia się czarnoskóry bohater. Wciela się w niego Jason Mitchell, który ma bardzo współczesny, amerykański styl grania, co niekoniecznie przystaje do filmu kostiumowego. Czym pana przekonał do obsadzenia go w tej roli?
Paweł Maślona: Nikt nikogo nie musiał przekonywać, to był obopólny entuzjazm! I w ogóle mi nie przeszkadzało to, co pan nazywa współczesnym stylem grania. W „Kosie” jasno dajemy do zrozumienia, że mamy do czynienia z fantazją. Nie czułem, że to coś, co będzie przeszkadzać, ale raczej, że możemy to wykorzystać na naszą korzyść. Kiedy robię film z epoki, to staram się, żeby był jak najbardziej współczesny. Stąd nawet ta fraza napisana przez Michała Zielińskiego. Język jest tylko stylizowany na XVIII-wieczną polszczyznę, a w gruncie rzeczy jest dosyć współczesny. Inaczej kwestie byłyby po prostu niezrozumiałe.
A dlaczego Jacek Braciak? Wiem, że już od samego początku projektu był wybrany do roli Kościuszki.
Jakby się tak zastanowić, to kto inny z polskich aktorów mógłby zagrać Kościuszkę? Długo dyskutowaliśmy o tym z Nadią Lebik, odpowiedzialną w naszym filmie za casting, i Leszkiem Bodzakiem, producentem. Wyszło nam, że nie mamy innego wyboru.
Czyli rozumiem, że łatwo udało się go przekonać do tej roli?
Tak, Jacek bardzo chciał w nim zagrać. Właściwie mieliśmy tak ze wszystkimi aktorami z obsady. Nie trzeba było nikogo szczególnie przekonywać. Dzięki temu mamy taki zestaw, jaki mamy, z czego się bardzo cieszę.

Najtrudniejszy dzień na planie?
Dużo było trudnych dni. Zwłaszcza kiedy mieliśmy żywy ogień na planie i cała zabawa polegała na tym, żeby dekoracja nie spłonęła zbyt szybko.
„Kos” jest porównywany do „Django” czy „Nienawistnej ósemki” Quentina Tarantino. Czuje się pan jak polski Tarantino?
Czuję się jak Maślona i zawsze będę się czuł jak Maślona. Co do porównań – nie da się ukryć, że Tarantino jest duchowym patronem „Kosa” i gdyby nie jego rewizjonistyczne westerny, pewnie nigdy nie byłoby naszego filmu. Świadomie czerpiemy z jego dorobku, ale po to, żeby stworzyć oryginalną opowieść na własnych zasadach, po to, by opowiedzieć coś ważnego o naszej historii, ale także o naszej współczesności. Myślę, że różnimy się również mocno w sposobie opowiadania, tonacji oraz w podejściu do przemocy, która u Tarantino jest bardzo przeestetyzowana, a w „Kosie” – dużo bardziej realistyczna. Nie mam zamiaru jednak narzekać na te porównania, bo chodzi o jednego z największych twórców w historii kina i jednego z najważniejszych dla mnie reżyserów. Myślę jednak, że jeszcze dużo mi do niego brakuje.
Od pana debiutanckiego filmu „Atak paniki” minęło sześć lat. Dlaczego tak długo musieliśmy czekać?
No, życie. Najpierw moje prywatne trudności, kryzys, który zaliczyłem chwilę po debiucie. Potem pracowałem przy serialach, w międzyczasie przygotowywałem się do innego filmu, na który jednak nie udało się zebrać finansowania. Przygotowania do „Kosa” też swoje trwały. Nie wiem, jak to działa, ale czas w tajemniczy sposób przelewa się między palcami. Mnie też trudno uwierzyć, że minęło aż tyle czasu. Mam nadzieję, że przerwa między drugim a trzecim filmem będzie znacznie krótsza.

Czyli planuje pan coś nowego?
Szykujemy film z tym samym producentem Aurum Film, z Anetą Hickinbotham i Leszkiem Bodzakiem, i ze scenarzystą Michałem Zielińskim, którego ponownie zaprosiłem do współpracy. Na razie mogę powiedzieć tyle, że akcja filmu będzie się działa w 1939 roku. To będzie poruszająca historia i dla mnie bardzo osobista.
Ma pan plan, żeby odczarować polskie kino historyczno-wojenne?
To przyszło trochę niezależnie. Zwyczajnie, pociągnęła mnie pewna historia, o której nie chcę mówić za dużo na tym etapie. Nie mam żadnego wielkiego planu odczarowywania polskiego kina historycznego. Dla mnie powodem do robienia filmu jest zawsze konkretna opowieść, która mnie na tyle porusza, że chcę się nią podzielić ze światem. Być może to się ułoży w jakiś cykl, ale nie mam takiego odgórnego planu, że teraz zrobię trzy filmy historyczne. Na pewno w filmach kostiumowych łatwiej udaje się przenieść widza do innego świata, a ja bardzo lubię ten element eskapistyczny w kinie. Możemy na ekranie oglądać rzeczywistość, jakiej nie znamy i nie widzimy za oknem. Dla mnie to zawsze jest podniecające.

Skąd się w panu wzięła ta pasja do kina?
Już jako dzieciak miałem wielkie pragnienie robienia filmów. Bardzo dużo oglądałem filmów na VHS-ach. Wypożyczałem, co tylko było, z wszystkich wypożyczalni w moim rodzinnym Kędzierzynie-Koźlu. Pokochałem kino i tak mi zostało.
Na początku kariery dużo pan współpracował z Marcinem Wroną. Jednak nie poszedł pan w mroczną stronę kina i nie badał ciemnej strony osobowości bohaterów, tylko zwrócił się pan w stronę czarnego humoru i ironii. Dlaczego tak?
Marcin lubił zaglądać bardzo mocno w mrok. Ja częściowo podzielam te pragnienia, ale bardziej mnie jednak ciągnie w stronę światła i szukam tego światła w filmach, które robię. Co do humoru, to po prostu lubię tak opowiadać. To mi się samo tak składa. Niewiele jest klasycznych komedii, które lubię. Za to uwielbiam tragikomedie i czarne komedie. Lubię to połączenie po prostu, kiedy humor wynika z sytuacji dramatycznych. Kiedy w filmie jest przestrzeń na jedno i drugie. Na przykład takie sytuacje, kiedy można przyłapać widza na tym, że się śmieje, a za chwilę ten śmiech zamiera mu w gardle, bo wydarza się coś strasznego. Myślę, że świat jest i śmieszny, i straszny. Piękny i przerażający. Wszystko razem. I ta część mnie, która tak obserwuje i wyłapuje z rzeczywistości to, co śmieszne, jest na tyle silna, że zawsze dochodzi do głosu.

Rozmowę przeprowadził Michał Jędrzejczak